— Babciu, a to prawda, że morze szumi nawet w nocy? — Jaś przyciskał do piersi wypchany plecak, z którego wystawał róg czerwonego ręcznika.
Helena uśmiechnęła się, choć w środku poczuła ukłucie. Do wyjazdu zostały trzy dni, a chłopiec od tygodni wykreślał daty na własnoręcznie zrobionym kalendarzu, który wisiał nad tapczanem. W plecaku trzymał już ręcznik, plastelinową muszelkę — chciał ją wymienić na prawdziwą — i resoraka, bez którego nie ruszał się nigdzie.
Jego matka, Weronika, od czterech lat pracowała w Rzymie, opiekując się sparaliżowaną staruszką. W każdą niedzielę łączyła się przez wideorozmowę i mówiła zawsze to samo:
— Tym razem przyjadę na pewno. Zobaczymy morze razem.
Jaś wierzył. Siadał przy furtce i wpatrywał się w szosę, jakby srebrny volkswagen matki mógł pojawić się wcześniej. Sąsiadom, którzy go pozdrawiali, oznajmiał z dumą:
— Niedługo jedziemy nad morze.
Helena ugniatała ciasto na kluski i zerkała na wnuka ukradkiem. Znała wagę obietnic składanych przez tych, którzy żyją daleko. Nie dlatego, że kłamią — tylko życie bywa mocniejsze niż niejeden plan.
Telefon zadzwonił niespodziewanie. Na ekranie zapaliło się „Weronika”.
Helena odebrała natychmiast. Przez kilka sekund milczała, a potem powoli osunęła się na krzesło.
— Mamo… przepraszam… nie dam rady — głos córki drżał, przerywany szumem połączenia. — Jeśli teraz wyjadę, stracę pracę. Nie mogę zostawić tej kobiety samej…
Jaś już stał obok, ściskając pasek plecaka.
— To mama? Kiedy przyjedzie?
Helena nie mogła spojrzeć mu w oczy. Odczekała długą chwilę, aż w końcu wyszeptała:
— Synku… wyjazdu nie będzie.
Chłopiec nic nie powiedział. Zacisnął tylko mocniej ramiączko plecaka, odwrócił się i bez słowa poszedł do swojego pokoju.
Wieczorem Helena usłyszała przez ścianę jego płaczliwy szept:
— Mamo, obiecałaś…
Nazajutrz sięgnęła po starą chusteczkę, w której trzymała ostatnie oszczędności. Przeliczyła kilka razy wyblakłe banknoty — trzysta dwadzieścia złotych, jeszcze trochę drobnych w drugim rogu. Wypuściła powietrze i mruknęła pod nosem:
— Powinno starczyć. Nawet na lody.
W tej samej chwili ktoś głośno zastukał do drzwi.
Helena podeszła, przekręciła zamek i zamarła.
Na progu stała Weronika. W wymiętej kurtce, z torbą podróżną w jednej ręce i mokrymi od deszczu włosami. Pod oczami miała sine cienie, a usta jej drżały, jakby bała się odezwać.
— Kinia… — wyrwało się Helenie. — Co ty tu…
— Już nie muszę wracać, mamo — głos Weroniki się załamał. — Signora Elena… zmarła w nocy. Jej dzieci wypłaciły mi odprawę i powiedziały, że nie jestem już potrzebna. Spakowałam się i pierwszym autobusem…
Nie dokończyła, bo z głębi mieszkania rozległ się tupot. Jaś wypadł z pokoju, stanął jak wryty na widok matki, po czym rzucił się biegiem i zawisł jej na szyi.
— Mama! Wiedziałem! Wiedziałem, że przyjedziesz!
Weronika przykucnęła, przygarnęła go mocno i rozpłakała się na dobre. Helena stała obok, przyciskając chusteczkę do ust. W końcu podeszła i położyła dłoń na głowie córki.
— Cicho, dziecko. Jesteś w domu.
Kiedy uspokoili się na tyle, by usiąść przy kuchennym stole, Helena postawiła przed córką talerz rosołu i położyła obok chusteczkę z pieniędzmi.
— Wiesz co, córcia? — powiedziała, a w jej głosie zadrgała niespodziewana stanowczość. — Ja akurat policzyłam. Na dwa bilety do Sopotu starczy, a jak dołożymy twoją odprawę, to i na trzy.
Weronika spojrzała na nią niepewnie.
— Mamo, to twoje ostatnie…
— Moje ostatnie chcę wydać na morze. I na lody. Bo obiecałyśmy temu małemu — ucięła Helena i przesunęła banknoty na środek stołu.
Następnego dnia rano siedzieli już w pociągu relacji Kraków–Gdańsk. Jaś przyklejony nosem do szyby liczył stacje, a za każdym razem, gdy pociąg zwalniał, pytał, czy to już. Weronika trzymała go za rękę, a Helena drzemała, czując pod powiekami ulgę.
W Sopocie zamieszkali w pokoju na poddaszu pensjonatu, pachnącym sosnową szafą i solą. Nad morze poszli od razu, choć słońce już zachodziło.
Jaś zdjął buty i stanął boso na mokrym piasku. Wyciągnął z plecaka plastelinową muszelkę, popatrzył na nią chwilę, a potem rzucił ją w fale i sięgnął po prawdziwą, którą przed chwilą znalazł przy brzegu — małą, skręconą w spiralę.
Weronika podeszła i kucnęła obok.
— Słyszysz? — szepnął Jaś, przykładając muszelkę do ucha.
Morze szumiało miarowo, coraz głośniej, wypełniając całą przestrzeń. W oddali zapaliły się pierwsze latarnie na molo.
Jaś oderwał muszelkę od ucha i popatrzył na matkę roziskrzonym wzrokiem.
— Mówiłem, że szumi nawet w nocy.







