Zamówiłam leżak w pierwszym rzędzie dwa miesiące temu. Najlepszy punkt na plaży w Juracie — widok na zatokę, prywatny parawan od wschodu i mały drewniany podest, który miał uchronić dziewięćdziesięcioletnie nogi babci przed rozgrzanym piaskiem. Płaciłam za to dwieście osiemdziesiąt złotych od ręki, chociaż babcia Jadzia powtarzała mi przez całą drogę z Gdyni, że szkoda pieniędzy.
— Kasiu, tam jest pełno cienia pod drzewami. Ja naprawdę mogę siedzieć na kocu.
— Na kocu to ty sobie, babciu, siedziałaś trzydzieści lat temu na dzikiej plaży w Chałupach — odparłam, parkując przy promenadzie. — Dziś masz urodziny. Dziś masz leżak z ręcznikiem i kelnera, który ci przyniesie kawę mrożoną.
Pamiętam, że się wtedy uśmiechnęła i poprawiła apaszkę na głowie. Tę w drobne róże, którą dostała od dziadka na czterdziestolecie ślubu. Jeździła w niej nad Bałtyk od piętnastu lat.
To był jej pierwszy wyjazd od pogrzebu.
Rozłożyłyśmy się punktualnie o dziewiątej. Leżak numer siedem. Biała tapicerka, podłokietnik na kubek, mały stolik z parasolem. Babcia wyjęła z torby kryminał Katarzyny Bondy i swój termos z herbatą miętową, a ja rozłożyłam ręcznik na piasku obok i zamknęłam oczy.
Po czterdziestu minutach zorientowałam się, że nie wzięłam kremu z filtrem z samochodu.
— Babciu, skoczę tylko na parking. Pięć minut.
— Idź, dziecko, idź. Ja sobie tu poczytam.
Wróciłam w dwanaście minut, bo przy wejściu na plażę stała kolejka po gofry.
Kubek z kawą mrożoną, który zamówiłam dla babci przed wyjściem, stał na piasku przy śmietniku. Roztopione kostki lodu pływały w mlecznej plamie. Nasza torba plażowa leżała przewrócona pod cudzym leżakiem trzy metry dalej. Ręcznik babci, ten z haftowanym inicjałem J, zwisał z drewnianego kosza na odpady.
A babcia siedziała na rozkładanym krzesełku turystycznym dwa metry za podestem. Bez parasola. W pełnym czerwcowym słońcu. Jej ramiona były różowe, a dłonie drżały, kiedy próbowała rozprostować kartkę książki, którą wiatr wyrywał jej z palców.
Obok niej stało chodzik, wetknięty w piach tak, że jedno kółko ugrzęzło na amen.
— Babciu, co tu się stało?
Spojrzała na mnie, a w jej oczach nie było złości. Był wstyd. Ten rodzaj wstydu, który każe człowiekowi udawać, że wszystko jest w porządku, żeby nikt nie pomyślał, że jest ciężarem.
— Pani potrzebowała miejsca — powiedziała cicho. — Powiedziała, że ma rezerwację.
Odwróciłam głowę.
Na naszym podeście stała teraz profesjonalna lampa pierścieniowa na statywie. Kobieta w czarnym kostiumie kąpielowym z wycięciami pozowała na leżaku babci, wyginając szyję tak, żeby światło padało na jej kości policzkowe. Obok niej krzątał się chłopak z aparatem, a drugi trzymał nad nią blendę.
— Pani się pomyliła — powiedziała babcia, wygładzając spódnicę na kolanach. — Powiedziałam jej, że to nasz leżak, ale ona…
Zawahała się.
— Co powiedziała?
— Że starsze osoby powinny siedzieć w cieniu, a nie zajmować najlepsze miejsca. I że nie będzie się ze mną kłócić, bo ma sesję dla sponsora. Potem jej kolega zabrał mój ręcznik i położył go na koszu. A pani kazała mi się przesunąć, bo wchodzę w kadr.
Poczułam, jak robi mi się zimno, chociaż stałam w pełnym słońcu.
— Która pani?
Babcia wskazała brodą w stronę leżaka.
Kobieta w czarnym kostiumie właśnie odbierała telefon. Mówiła głośno, żeby wszyscy słyszeli.
— Tak, partnerstwo z hotelem. Tak, ekskluzywna strefa. Cały dzień zdjęć lifestyle'owych. Chodzi o autentyczny luksus nad Bałtykiem.
Odwróciłam się do chłopaka z obsługi plaży, który stał przy koszu i udawał, że zbiera śmieci. Miał może dziewiętnaście lat, czerwone policzki i plakietkę z imieniem Rafał.
— Ty jej pomogłeś?
Zamarł.
— Ja tylko przyniosłem krzesło, proszę pani. Ona powiedziała, że to jej rezerwacja podwójna i że jak nie pomogę, to zadzwoni do kierownika i stracę robotę.
— Sprawdziłeś jej opaskę?
— Nie.
— Sprawdziłeś numer leżaka?
— Nie, proszę pani.
— Czyli po prostu wyrzuciłeś dziewięćdziesięcioletnią kobietę na słońce, bo jakaś influencerka cię nastraszyła?
Milczał.
— Znasz jej nazwisko? Albo czy ona w ogóle ma wykupioną rezerwację?
— Mówiła, że hotel…
— Ten plażowicz nie jest z hotelu — weszłam mu w słowo. — Hotel to tamten budynek, a ty pracujesz dla miasta, Rafał. Masz radio? Dzwoń po kierownika. Teraz.
Sięgnął po krótkofalówkę trzęsącymi się palcami.
Podeszłam do leżaka.
Kobieta właśnie kończyła ujęcie. Leżała na boku z kieliszkiem prosecco w dłoni, które — jak się potem okazało — było atrapą z plexi.
— Przepraszam — powiedziałam.
Nie otworzyła oczu.
— Proszę wyjść z kadru. Mamy światło na dziesięć minut.
— To mój leżak. Rezerwacja numer siedem, opłacona dwa miesiące temu. Ma pani trzydzieści sekund, żeby zabrać swoje rzeczy.
Wtedy dopiero na mnie spojrzała. Powoli, z wyćwiczoną irytacją, jakby przerwało jej się film na Netfliksie.
— To pani jest tą wnuczką? — zapytała, unosząc brew. — Proszę posłuchać, potrzebowałam tego kadru tylko na chwilę. Starsza pani i tak nic nie robiła, spała. Naprawdę robi pani scenę o jeden leżak?
— To nie była chwila — powiedziałam. — To było dwadzieścia minut w pełnym słońcu dla kobiety z wszczepioną endoprotezą i po zawale. Gdzie jest pani opaska rezerwacyjna?
Parsknęła.
— Opaska? Kochanieńka, ja mam tutaj współpracę barterową wartą piętnaście tysięcy złotych. Oznaczam lokalizację, przywożę klientów. Plaża powinna mi płacić za promocję.
— Czyli opaski nie ma.
— Nie potrzebuję opaski. Jestem Klaudia Mróz.
Powiedziała to tak, jakby to nazwisko coś znaczyło. Jakby każde zdanie z jej ust miało mieć metkę z ceną, a każdy, kto jej nie rozpoznawał, był niedouczonym przybyszem z innej planety.
Za jej plecami Rafał rozmawiał już przez radio. Rozłączył się i skinął głową w moją stronę.
— Kierownik idzie, proszę pani.
— Świetnie — odparłam.
Klaudia usiadła na leżaku i owinęła się ręcznikiem.
— Niepotrzebnie pani eskalowała — powiedziała, patrząc na mnie z politowaniem. — Mogłam po prostu dostać ten kadr i sobie pójść. Teraz będzie pani musiała wysłuchiwać, jak kierownik potwierdza, że tacy jak ja są tutaj mile widziani.
— Zobaczymy.
Kierownik plaży był mężczyzną po pięćdziesiątce. Miał ogorzałą twarz, emblemat gdyńskiego MOSiR-u na koszulce i zmęczony wzrok kogoś, kto każdego lata rozstrzyga spory o ręczniki i parawany. Nazywał się Musiał. Nie uśmiechnął się, kiedy podszedł.
— Dzień dobry. Kto tu ma rezerwację numer siedem?
— Ja — powiedziałam. — Na nazwisko Katarzyna Nowicka. Leżak był zamówiony na osiem godzin, od dziewiątej. Opłacony kartą. Mam potwierdzenie na telefonie.
Wyciągnęłam przed siebie ekran. Spojrzał, kiwnął głową.
— Kto to jest? — zapytał, wskazując Klaudię.
Rafał wydukał, że ta pani przyszła pół godziny temu i oznajmiła, że ma stały leżak. Nie sprawdził.
Kierownik odwrócił się do Klaudii.
— Ma pani rezerwację na dziś?
— Ja działam z hotelem — powtórzyła z naciskiem. — Miałam umowę ustną z kimś z zarządu.
— Z kim konkretnie?
Klaudia zawahała się.
— Nie pamiętam nazwiska. Młody mężczyzna, jasne włosy.
Kierownik wyciągnął służbowy telefon i błyskawicznie wyszukał numer do recepcji hotelu.
— Tu Musiał, kierownik plaży. Macie gościa, który twierdzi, że ma u was partnerstwo barterowe i prawo do zajmowania zarezerwowanych leżaków. Klaudia Mróz. Ktokolwiek to potwierdza?
Przez chwilę słuchał, potem się rozłączył.
— Hotel nie ma z panią żadnej umowy — powiedział spokojnie. — Nikt o pani nie słyszał. Proszę natychmiast opuścić leżak.
Twarz Klaudii zmieniła się w jednej sekundzie. Cały ten lśniący spokój zniknął, odsłaniając coś wąskiego i zimnego.
— Nie możecie mnie tak traktować — syknęła. — Mam nagrania. Wrzucę relację. Cała Polska zobaczy, jak traktujecie gości.
— Ma pani do tego prawo — odparł Musiał. — A my mamy prawo wezwać straż miejską za bezprawne zajęcie płatnej strefy i narażenie innej osoby na szkodę. To, że przesunęła pani starszą panią na pełne słońce, dziewięćdziesięcioletnią osobę… to już nie jest kwestia rezerwacji. To jest kwestia…
Nie dokończył.
Klaudia zaczęła się pakować wściekłymi ruchami. Statyw upadł na piasek. Chłopak od blendy potknął się o kabel. Drugi, ten z aparatem, mruknął, że przez nią straci zlecenie.
— Znajdę sobie inną plażę — rzuciła, wsuwając klapki. — I napiszę o was wszystko. Zobaczycie.
Odeszła w stronę promenady, stukając obcasami po drewnianym podeście, które zostawiały ślady w mokrym piasku.
Kierownik spojrzał na mnie.
— Bardzo panią przepraszam. To była nasza wina. Przeszkolimy chłopaka.
— Nie musi pan przepraszać — powiedziałam. — Musi pan tylko wiedzieć, że moja babcia czekała na ten dzień od miesięcy. Od śmierci dziadka nie wyjechała nigdzie dalej niż do przychodni.
Musiał westchnął. Potem podszedł do babci i przykucnął przy jej krzesełku.
— Szanowna pani, bardzo mi przykro. Proszę pozwolić, że zaprosimy panią do strefy hotelowej. Tam jest basen z podgrzewaną wodą, leżaki z baldachimem i obiad na koszt miasta.
Babcia spojrzała na mnie. Jej oczy wciąż były wilgotne, ale w kącikach ust pojawiło się coś na kształt uśmiechu.
— Obiad? To może być rosół?
— Może być rosół — potwierdził Musiał. — I lody na deser.
— To ja dziękuję — powiedziała babcia. — Ale najpierw wezmę swoją książkę. Została na tamtym leżaku.
Przyniosłam książkę, ręcznik i torbę. Potem podałam babci ramię i razem przeszłyśmy przez całą szerokość plaży — od leżaka numer siedem do strefy hotelowej, gdzie wielkie palmy w donicach rzucały cień na białe poduszki.
Kiedy babcia zanurzyła stopy w brodziku, a kelner podał jej herbatę w szklance z podstawką, spojrzała na mnie i powiedziała:
— Wiesz, Kasiu, twój dziadek zawsze mówił, że porządny człowiek nie potrzebuje krzyczeć. Wystarczy powiedzieć prawdę i stanąć przy swoim.
— Mądry był dziadek.
— Był — przytaknęła. — I chyba ty mu się udałaś.
Siedziała tak jeszcze dwie godziny, z nogami w wodzie i kryminałem na kolanach. A kiedy słońce zaczęło zachodzić za wydmami, zdjęła apaszkę w drobne róże i położyła ją na oparciu leżaka, jakby w końcu oznaczała swoje miejsce.






